Oaxaca – kulinarna stolica Meksyku, pachnąca czekoladą
Oaxaca zapamiętamy jako miasto magiczne. Z jednej strony przytłaczające introwertyczne dusze, z drugiej kolorowe i pachnące. Grillowaną kukurydzą, czekoladą, sosem mole oraz milionem rodzajów suszonego chilli ze stoisk na targu. Gdybyśmy mieli wskazać najbardziej autentyczne miejsce na naszej meksykańskiej trasie – z pewnością Oaxaca by zatriumfowała. Miasto, w którym jednocześnie panuje całkowity chaos i idealny rytm dobowy. Tego klimatu nie da się opisać, trzeba go poczuć. I przede wszystkim posmakować, bo kuchnia regionu jest tego warta!
Jak wygląda wyjazd do Oaxaca, co tutaj robić i zjeść? Dowiesz się w tym wpisie.
W poście znajdują się linki afiliacyjne. Oznacza to, że jeżeli zakupisz wycieczkę, lot, nocleg lub coś innego z mojego polecenia, otrzymam za to niewielką prowizję. Ty nie dopłacasz ani grosza. Dziękuję za wsparcie, dzięki Tobie jestem w stanie opłacić bloga!
Spis Treści
Pierwszy spacer po Oaxaca – nasze wrażenia
Do miasta Oaxaca przyjechaliśmy z samego rana, zanim słońce pojawiło się na horyzoncie. Nasza podstawowa zasada brzmi, że nie ruszamy się z miejsca, gdy jest jeszcze (lub już) ciemno. Czekamy więc na dworcu, zagryzając niezbyt smaczne ciasto z paczki i niecierpliwie wypatrujemy wschodu.
W Oaxaca zatrzymaliśmy się w hostelu Hostal San Pueblo, który jest już zamknięty na stałe. Trochę nas to nie dziwi, bo sami wystawiliśmy mu opinię 3/10, po tym jak wlazł na mnie karaluch w toalecie. Gdybyśmy mieli teraz wrócić do Oaxaca, wybralibyśmy Trotamundo Oaxaca Hostel, który kosztuje ok. 85 zł za noc i ma świetne (8.8) opinie na Bookingu.
Kilka godzin odległości, jedna ogromna różnica kulturowa
Gdy wychodzimy z dworca, uderza w nas bieda. Spodziewaliśmy się tego, czytaliśmy o stanie Oaxaca, ale odczuwamy dziwny ucisk w brzuchu. Nie czujemy jednak strachu. Ludzie nie wyglądają tutaj groźnie. Wszyscy dopiero budzą się do życia. Spokojnie jedzą kanapki kupione od ulicznego sprzedawcy i popijają czekoladę z plastikowych kubeczków. Miasto jest opustoszałe, a główna ulica świeci pustkami. Poza kilkoma rannymi ptaszkami, rozstawiającymi swoje stragany.
Kupujemy gorącą czekoladę za 10 pesos i siadamy na ławce przy głównym placu miasta. Obserwujemy ludzi, którzy czytają gazety lub odpoczywają, patrząc na otaczające drzewa. Wszystko jest takie spokojne, jakby czas spowolnił. Czekolada nam nie smakuje, jednak nie wszystko musi być pyszne. Powoli sączymy przesłodzony napój, przypominający kakao i staramy się wczuć w klimat miasta. Niesamowicie różnego od głośnej i szybkiej stolicy.

Podchodzi do nas bezdomny i prosi o monetę. Takich sytuacji będziemy mieli w mieście wiele, wszystkie drobne monety trafią do bezdomnych i starszych Pań, które kilkanaście godzin dziennie chodzą po rynku, zbierając je do kubka. Jako prawie jedyni biali w miasteczku zwracamy na siebie uwagę, więc co pięć minut ktoś podchodzi prosić nas o pomoc. Nie mamy już drobnych i zaczynamy czuć się przytłoczeni. Zaczynamy zmieniać ławki, aby móc odpocząć od oceniających spojrzeń, rzucanych przy odmowie.
Edit 2026: Wyjazd do Meksyku był naszą pierwszą „wyprawą”, w dodatku w roku 2021. Z czasem nabraliśmy większej świadomości odnośnie Świata, zwracamy dużą uwagę na świadome podróżowanie. Choć pozornie brzmi to okrutnie i mało empatycznie, nie wspieramy żebractwa. Żebractwo to model przetrwania, nie wyjścia z biedy. Ludzie regularnie otrzymujący pieniądze nie mają szans, aby z niej wyjść. Warto też pamiętać, że bardzo często jest to zorganizowany biznes, a pieniądze nie idą do potrzebujących, a ich „przełożonych”.
Zocalo w Oaxaca o poranku
Wybija godzina 10 i Zocalo zaczyna się wypełniać. Zewsząd słychać muzykę, kolorowe stragany z rękodziełem pojawiają się w każdym wolnym miejscu. Targi łączą się w jedność i całe miasteczko zamienia się w dom handlowy, który tętni życiem.

Od tego momentu Oaxaca staje się miastem niesamowitym, żyjącym swoim osobistym i idealnie przemyślanym rytmem. Odnosimy wrażenie, że wszystko ma tutaj swój czas i miejsce, nic nie dzieje się przypadkowo. Najbardziej fascynuje nas lokalny streetfood, który pojawia się i znika o określonych godzinach.


Która godzina? Czas jeść
Z samego rana, zanim miasto wypełni się stoiskami z rękodziełem, starsze Panie wystawiają wózki ze świeżymi kanapkami oraz czekoladą, której zapach unosi się z każdego miejsca. Oczywiście regionalną, starannie ugniecioną w moździerzu i wymieszaną z parującym mlekiem.
W południe, gdy upał zaczyna dawać się we znaki, gorący napój znika, a w jego miejsce pojawia się orzeźwiająca agua fresca (woda smakowa) w kilkunastu smakach. To właśnie tutaj widzieliśmy największy wybór naszego ulubionego napoju! Towarzyszą jej również lody, a na większego smaka – kukurydza w postaci elote – czyli gotowanej kolby, posmarowanej majonezem, posypanej chilli oraz serem. To bomba kaloryczna, ale przede wszystkim smakowa. Pokochaliśmy elote, które można również otrzymać w wersji bardziej higienicznej – kubeczku (esquites). Frajda mniejsza, ale sukienka czystsza.

Natomiast wieczorami całe miasteczko spowite jest w dymie, który pachnie świeżo grillowanym mięsem. Grilli przy Zocalo jest więcej niż na ogrodach działkowych w czasie majówki, a do każdego ustawia się kolejka głodnych lokalsów.
Mercado 20 de Noviembre w Oaxaca – kulinarna podróż
Tak to się żyje w tej pysznej Oaxace. Bo to właśnie jedzenie jest bardzo ważnym elementem kultury regionu. To dla niego przyjeżdzają tutaj turyści, chcący skosztować tradycyjnych dań. Kuchnia Oaxaqueña (pochodząca właśnie z Oaxaca) jest słynna w całym Meksyku. Pominięcie mole czy sera quesillo podczas pobytu w tym kraju to niewybaczalny błąd na własnym brzuchu.
W Meksyku jest tak, że gdy człowiek głodny, to wszystkie drogi prowadzą do Comedoru. A w przypadku miasta Oaxaca na targ Mercado 20 de Noviembre, gdzie można skosztować wszystkich potraw regionu w niskich cenach. Widać tutaj rzesze lokalsów, a najbardziej obłożone przez nich stoły wskażą miejsca z najsmaczniejszym jedzeniem. Wystarczy wziąć do ręki kartę i wybrać jedną z wielu potraw.
Co warto zjeść w Oaxaca?
- Mole! Negro, amarillo i blanco – pyszne sosy na bazie czekolady oraz chilli. Często w towarzystwie kurczaka. I chociaż z pozoru brzmi to dziwnie, to kurczak z czekoladą może okazać się bombą smakową, po której zakupicie kilogramy pasty mole do przygotowania podobnego połączenia w domu.
- Tlayudas – żartobliwie nazywane przez nas meksykańską pizzą. Chrupiący placek z pastą fasolową oraz przeróżnymi dodatkami. Spróbujcie w wersji z flor de calabaza – kwiatem dyni. Jest to lokalny dodatek, który pojawia się praktycznie tylko w kuchni stanu Oaxaca. Ah, nie ubierajcie ładnych ubrań na bazar. Prawdopodobnie Tlayuda pozbawi Was resztek godności, pozostawiając w swoim otoczeniu pobojowisko.

- Chapulines – opcja dla tych najodważniejszych albo zaprawionych w boju. Nic innego jak koniki polne. Często z dodatkiem chilli i limonki (co tu właściwie jest bez tych dodatków?). Przekąska serwowana często do Mezcalu, czyli lokalnego trunku.
- Quesillo – przepyszny regionalny ser, przypominający krzyżówkę mozarelli z oscypkiem. Świetnie nadaje się na pizzę, dlatego stanowi nieodłączny element Tlayudas (no przyznajcie, że to prawie jak pizza). Można kupić go praktycznie w każdym rejonie Meksyku, ale w Oaxaca jest najtańszy, a to już wystarczający argument. I oczywiście najświeższy, rzecz jasna.
- Czekolada – troszkę już wcześniej było na ten temat, ale Oaxaca słynie ze swojej czekolady. Najbardziej popularna czekoladziarnia to Mayordomo. I chociaż my nie zostaliśmy jej wiernymi fanami (no dobra, Kamil po kilku kubkach zakupił 0,5kg do domu), to warto odwiedzić tego meksykańskiego Wedla i przekonać się na własne kubki smakowe czy jest to czekolada dla Was. Chociaż czekolada to może nie najlepsze określenie, napój przypomina bardziej kakao. Obowiązkowo z cukrem i cynamonem. Tutaj czekolady raczej się nie je, a pije.
Chcesz mieć pewność, że spróbujesz wszystkich przysmaków kuchni Oaxaca? Zarezerwuj wycieczkę kulinarną, podczas lokalny przewodnik poprowadzi Cię przez nie na lokalnym markecie. W cenie jest również lunch z popularnymi napojami.

Rękodzieło z Mercado de Abastos i Mercado Juárez – haftowane koszule i papugi na kapeluszach
Oczywiście nie tylko jedzeniem Oaxaca żyje. Być może lokalna kuchnia ma dla lokalsów nawet mniejsze znaczenie, gdy zestawimy ją z główną chlubą regionu – rękodziełem. Nie wyjaśniliśmy w końcu jeszcze, co na tych licznych straganach w mieście się znajduje.
Kolory. Mnóstwo kolorów, na przeróżnych haftowanych tkaninach – kocach, sukienkach, poszewkach na poduszki i malutkich ściereczkach na tortille. Przy każdym stoisku coś się dzieje – starsza babuszka haftuje kwiaty na bluzce, obok pewien pan rzeźbi koliberka w drewnie. Kawałek dalej młody chłopak maluje papugę na kapeluszu z szerokim rondem, a pani z dzieckiem na plecach plecie bransoletkę z muliny. Wszystkie te wspaniałe wyroby znajdują się na dwóch gigantycznych bazarach: Mercado de Abastos i Mercado Juárez, jednak nie widzieliśmy żadnej granicy pomiędzy nimi. Mieliśmy wrażenie, ze cała Oaxaca to jeden gigantyczny dom handlowy, gdzie wszyscy albo coś sprzedają albo kupują. Chyba nie ma lepszej definicji zakupowego szału.
Najwspanialsze jest to, że wszystkie te kolorowe stroje to nie pic na wodę dla turysty, a faktyczne ubiory lokalnych kobiet (zwłaszcza starszych). Które wyglądają cudownie w długich tkaninach, przepasanych pasami w kwiatowe wzory. Z satynowymi wstążkami o pastelowych odcieniach, wplecionymi w czarne grube warkocze.

Chińskie akcenty, czyli podróbki i pamiątki z Aliexpress
Jednak, aby nie było tak kolorowo (dosłownie!), to oczywiście wystarczy zboczyć jedynie kawałek z głównych ulic, aby wpaść w zagłębie chińszczyzny. I nie mam tu niestety na myśli kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Tylko tony zabawek, biżuterii i odzieży pachnących plastikiem. Ta ostatnia dumnie okraszona logami najpopularniejszych marek. Tak więc możemy w Oaxaca kupić koszulkę Gucci za 50 pesos czy spodnie z Lewisa za 150 pesos. Niepowtarzalna okazja, kto by nie skorzystał (podnosimy rękę).
Zobacz też: Czy Meksyk jest drogi? Kosztorys naszej 2-miesięcznej podróży.
Monte Alban – strefa archeologiczna w pobliżu Oaxaca

Wstajemy z samego rana, by odwiedzić strefę archeologiczną w Monte Alban, czyli centrum kulturalne Mezoameryki, położone aż 2000 m nad poziomem morza! Plemię, które tu przybyło, postanowiło zrównać górę i wybudować wszystkie budowle na całkowicie płaskim terenie. Wciąż odkryte zostało jedynie 10% tego miejsca, a prace archeologiczne nie ustają (później zobaczymy skupiska archeologów, którzy malutkimi szczoteczkami osypują pył z kamieni).
Jak dojechać do Monte Alban?
W czasie naszych odwiedzin budżetowe opcje dojazdu do Monte Alban były dwie:
- Bus turystyczny (autobuses turísticos) (40 pesos). W Oaxaca odjeżdża spod hotelu „Hotel Rivera del Ángel.” W 2025 bilet kosztuje 100 pesos w dwie strony, a przejazd trwa 30 minut. To zdjęcie z odjazdów powrotnych w 2021:

- Colectivo, czyli minubus (8 pesos). Dowiedzieliśmy się, że w 2025 roku zatrzymuje się ono 3 km od ruin, resztę trzeba przejść pieszo. Bilet kosztuje aktualnie 10 pesos.
My wybraliśmy tańszą opcję, ale poddaliśmy się po 1,5-godzinnym poszukiwaniu odpowiedniego przystanku. Obserwując w międzyczasie, jak odjeżdża ostatni bus turystyczny, którym zdążylibyśmy dojechać do ruin.
Piechotą do Monte Alban
Postanowiliśmy więc iść na piechotę, toż to tylko 6,5 km spacerku. O rany, dlaczego google maps nie daje ostrzeżenia „Cała trasa pod górę, lepiej jedź autobusem”. Jesteśmy niesamowicie zmęczeni, czerwoni i pot leje się z nas jak woda. Ja muszę robić przystanki co 15 min, bo zamiast ślicznych widoczków, mam wyłącznie ciemność przed oczami. Przed następnym wyjazdem codziennie 10 km na bieżni, obiecuję.
Jesteśmy w połowie drogi, gdy widzimy zejście na ulicę. Lokalne dzieciaki krzyczą do nas z pytaniem, czy idziemy na ruiny. Potwierdzamy, więc pokazują na stromą ścieżkę pomiędzy drzewami. Patrzymy na mapę, faktycznie. Ok google, teraz przesadziłeś. Wspinamy się po kamieniach, łapię się za gałązkę i wbijam sobie jakieś kolce w rękę. Nie będę mogła ich wyciągnąć przez najbliższy tydzień. Wychodzimy na łąkę i idziemy wyznaczoną ścieżką, licząc, że to jeszcze nie jest ten dzień, w którym zobaczymy węża lub pająka wielkości małego kotka. Udaje nam się wdrapać i wychodzimy na polanę, z której rozpościera się cudowny widok na miasto. Spacer jednak czymś popłacił, jest przepięknie.

Podziwiamy panoramę i ledwo zipiąc, zatrzymujemy się na zdjęcia. Delikatny wiatr rozwiewa nam włosy, dając ukojenie w ukropie. Wreszcie czujemy satysfakcję. To są te malutkie chwile, które pozwalają nam poczuć szczęście. Gdyby nie uciekł nam bus, nie znaleźlibyśmy tego miejsca. Czy warto? Nie wiem. W tamtej chwili, na te kilka minut, zmęczenie jednak przestało nam przeszkadzać.
Ruszamy na eksplorację Monte Alban
Wychodzimy na ulicę, skąd mamy już proste dojście do Monte Alban. Obok nas ktoś biegnie, podziwiam i nie dowierzam. Udaje nam się kupić wejściówki za 80 pesos, wyrobiliśmy się! Szczęśliwi, rozpoczynamy eksplorację miasta. Magicznego terenu, gdzie czujemy klimat poprzedniej cywilizacji.
Spędzamy kilka godzin, włócząc się między piramidami, pokonując strome schody i podziwiając przyrodę. To jedna z ciekawszych atrakcji, których zaznaliśmy w Meksyku. I z jednej strony cieszymy się z jej małej popularności, ponieważ oprócz nas spaceruje tutaj zaledwie kilka osób. Z drugiej strony nie rozumiemy, dlaczego nie ma tu chmary turystów. To zdecydowanie najbardziej klimatyczna strefa na naszej trasie.
W 2026 roku wejściówka do Monte Alban kosztuje 209 pesos. Strefa jest otwarta codziennie od 8:00 do 16:30. Nie ma już ograniczenia ilości osób w ciągu dnia (była to restrykcja covidowa).


Tancerze w Monte Alban
Jednym z ciekawszych zachowanych zabytków w Monte Alban są malowidła, przestawiające „tancerzy”. Czyli ludzi w różnych dziwnych pozach. Nazwani zostali tak dość optymistycznie, ponieważ wciąż nie wiadomo, czy nie były to przypadkiem ofiary poświęcane bogom.


Czujemy się jak odkrywcy nieznanego Świata, przemierzając kolejne kamienne schody w poszukaniu coraz to bardziej ukrytych piramid oraz ruin budynków mieszkalnych. Tutaj nagraliśmy też ulubiony filmik z wyjazdu, na którym urządzamy room tour po naszym nowym domu.

Jeżeli chcielibyście zobaczyć strefę wolną od taśm zagradzających, znaków zakazu na każdym kroku i męczących sprzedawców pamiątek z Teotihuacán w Mexico City, to koniecznie musicie odwiedzić Monte Alban. Może same mury oraz piramidy nie są tu najlepiej zachowane, być może sama strefa nie jest gigantycznie duża i imponująca, być może wypocicie siódme poty wchodząc i schodząc z kolejnych schodów. Jednak miejsce otrzymuje od nas dużą gwiazdkę z rekomendacją. Bo zabytki odwiedzamy dla klimatu, a jego Monte Alban ma aż nadto.
Wolisz zwiedzać strefy historyczne z przewodnikiem? Zobacz tę wycieczkę z dobrymi opiniami. W cenie jest transport z hotelu.



Wracamy po prawie 4 godzinach spacerku. Jak dobrze, że przy wyjściu czeka bus turystyczny. Już nie kręcimy nosem na 40 pesos, tylko zadowoleni zajmujemy miejsca.
Większość wycieczek spędza w Monte Alban ok. 2 godziny i myślę, że jest to wystarczające na odwiedzenie najpopularniejszych zabytków na miejscu. My po prostu lubimy zobaczyć wszystkie zakamarki, dlatego 4 godziny lepiej traktować z przymrużeniem oka.
Ostatni spacer w Oaxaca
Ostatniego dnia nie mamy żadnych planów. Wiemy za to, że olejku na pewno nam nie starczy na opalanie się przy oceanie. Idziemy spacerkiem na wycieczkę do Walmartu, by zrobić tańsze zakupy, zanim wybierzemy się nad wybrzeże.
Gdy nasza trasa zbacza z głównej ulicy, doznajemy szoku. Głośne Zocalo zamienia się w malownicze uliczki, kolorowe domki i cudowną atmosferę kolonialnego miasteczka. Chodzimy od uliczki do uliczki, robiąc coraz piękniejsze zdjęcia na tle gór otaczających Oaxaca. Trafiamy do parku, gdzie lokalsi odpoczywają na ławkach, jedząc tacosy z pobliskiego stoiska. Czujemy spokój, którego tak tu brakowało. Zdajemy sobie sprawę, że wcale nie poznaliśmy miasta. I że chcielibyśmy zostać tutaj chwilę dłużej, by móc je poznać.

Łapiemy więc ostatnie gorące churrosy na śniadanie, najtańsze jakie zjemy w Meksyku – 10 pesos za 4 sztuki. Posypane cukrem, ponieważ te z regionalną czekoladą nie przypadły nam do gustu (nie wiem, czy powinnam się przyznawać). Zagryzamy je, siedząc na ławce przed Santo Domingo de Guzman, najpopularniejszym kościołem w Oaxaca.
– Wyglądacie pięknie! – zaczepia nas grajek w kolorowym, hipisowskim stroju z wielkim uśmiechem na ustach. I taki sam uśmiech pojawia się na naszych. Szczególnie, gdy zdajemy sobie sprawę, że takich słów nigdy wcześniej nie usłyszeliśmy od obcych osób na ulicy. Tutaj wszystko jest piękne. Ludzie i słowa, bardzo odmienne od naszych i potrafiące zrobić dzień. Obecny i kilka kolejnych.



Autobus nocny z Oaxaca do Puerto Escondido
Żegnamy się z kaktusami (to jeszcze nie do końca), kolorami i babciami ubranymi w tradycyjne stroje. Wsiadamy w busa marki OCC, który za trochę ponad 10 godzin, dowiezie nas do Puerto Escondido. Jeżeli ktoś zajrzał teraz w mapę, odpalił GPS i zdziwił się tym długim czasem jazdy to powinien troszkę przybliżyć widok, aż wszystko stanie się jasne.
Bilety kupiliśmy online, przez Busbud. Aktualnie firma OCC jest tam niedostępna, ale może to i lepiej. Mieliśmy dużo lepsze doświadczenia z dostępnym ADO. Aktualne ceny możesz zobaczyć tutaj.
Drogi są tak kręte, że duży autokar nie jest w stanie przemierzyć tych górskich terenów (na mapie wygląda to trochę jak zygzak w zeszycie przedszkolaka, który uczy się właśnie pisać). Dlatego jedyną opcją jest trasa przez Salina Cruz, co wydłuża przejazd o kilka godzin.
Do wyboru jest również colectivo za 250 pesos, które dowiezie nas w 7,5h. W cenie mamy jednak brak klimatyzacji, WC oraz miejsca na nogi. Wybór oczywiście należy do Was. Jeżeli jednak macie chorobę lokomocyjną to z góry proponuję odrzucić tą drugą opcję. I mimo wszystko wziąć aviomarin, a najlepiej to dwa. Szerokiej drogi (a to się przyda, bo wąskich jest aż za dużo)!

Czy warto odwiedzić Oaxaca?
Oczywiście, że warto. Chociaż Oaxaca początkowo nas wymęczyła, z czasem zrozumieliśmy, że jest to najbardziej autentyczne miasto na typowej meksykańskiej trasie turystycznej. Jesteśmy szczęścili, że daliśmy mu szansę i pewni, że kiedyś wrócimy podczas Dia de Los Muertos, które ponoć hucznie się tutaj obchodzi. Ah, wspominałam też, jak pyszne jest tutaj jedzenie, prawda?
Masz jakieś pytanie? Śmiało, zajrzyj do komentarzy :).
Planujesz wyjazd do Meksyku? Zobacz pozostałe artykuły
Meksyk był pierwszym kierunkiem, który zwiedziliśmy z plecakami. Spędziliśmy tam wspaniałe 2 miesiące w 2021 roku, przemierzając kraj od Mexico City po Jukatan. Jeżeli również się tam wybierasz (a warto!), zajrzyj do pozostałych artykułów z meksykańskiej serii, które pojawiły się do tej pory na blogu:
- 3 dni w Mexico City – początek Meksykańskiej przygody
- Czy Meksyk jest drogi? Kosztorys naszej 2-miesięcznej podróży
- Cozumel – meksykańska wyspa z rafą koralową
- Kanion Sumidero na własną rękę – taniej i wygodniej?
- Chamula – tajemniczy kościół i coca-cola
- Jak się spakować w podróż do Meksyku? Gotowa lista pakowania
- Puerto Escondido – surferski raj z obietnicą spokoju
- Oaxaca – 3 dni w mieście smaków i haftowanych tkanin
Dotarłeś aż tutaj? Jest nam bardzo miło! Mogłabym jeszcze poprosić o obserwację na Instagramie? Dziękujemy!
Planujesz kolejny wyjazd? Jeżeli wpis okazał się przydatny i chciałbyś nas wesprzeć, dokonaj zakupu przez nasze linki afiliacyjne. Nie zapłacisz ani grosza więcej, a my otrzymamy niewielką prowizję.
| Zarezerwuj hotel Booking | Kup bilet na transport 12Go |
| Wyszukaj loty Kiwi | Zarezerwuj atrakcje GetYourGuide |
Subskrybuj, aby nie przegapić kolejnych wpisów:

Lindt Home of Chocolate w Zurychu — czekoladowy raj na ziemi
[…] Zobacz więcej Oaxaca – 3 dni w mieście smaków i haftowanych tkanin […]