Pa pae meditation retreat – 3 dni medytacji z mnichami w Tajlandii

Zachód słońca w siedzibie Pa Pae Meditation Retreat.

Zastanawiałeś się kiedyś, jakby to było całkowicie odizolować się od świata i otaczających Cię bodźców? Odbyć podróż wgłąb siebie i żyć w całkowitej ciszy? Uczyć się sztuki medytacji od prawdziwych mistrzów, czyli buddyjskich mnichów?

Zadaliśmy sobie te pytania kilka miesięcy temu. Po czym zapisaliśmy się na Meditation Retreat w ośrodku Pa Pae, który leży w tajskich górach. Spędziliśmy 3 dni wśród kojącej przyrody i niesamowitych ludzi. Otoczeni atmosferą spokoju i duchowości, spędzaliśmy godziny na medytacji, która okazała się dużo ciężką sztuką, niż nam się mogło wydawać.

Jak wyglądał nasz turnus medytacyjny, co to właściwie jest i czego się tam nauczyliśmy (lub nie)?

W poście znajdują się linki afiliacyjne. Oznacza to, że jeżeli zakupisz wycieczkę, lot lub nocleg z mojego polecenia, otrzymam za to niewielką prowizję. Ty nie dopłacasz ani grosza. Dziękuję za wsparcie, dzięki Tobie jestem w stanie opłacić bloga!

Czym jest meditation retreat?

Chociaż angielską nazwę Meditation Retreat ciężko jest dobrze przetłumaczyć na polski, to można ją rozumieć jako odosobnienie lub warsztaty medytacyjne. Polega to na tym, że na kilka dni (tygodni lub lat) znikamy ze swojego tymczasowego życia i zagłębiamy się w medytacji. W tym wypadku przenosimy się też w otoczenie przyrody, a naszymi nauczycielami są tajscy mnisi, którzy są specjalistami w podróżach wgłąb siebie.

Wspólna poranna medytacja w Pa Pae Meditation Retreat.
Wspólna, poranna medytacja.

Najbardziej znane Meditation Retreats mają miejsce w Nepalu. Być może słyszeliście historie o osobach, które spędzały kilka tygodni w całkowitym odosobnieniu. Nie mogły odezwać się do nikogo, a medytację praktykować musiały przez kilkanaście godzin dziennie, bez jedzenia czy odpoczynku.

Cóż, ten tajski odpowiednik jest dużo przyjemniejszy. Opiera się głównie na zasadzie „nic nie trzeba, wszystko można„. I chociaż medytacja odgrywa tutaj pierwsze skrzypce, jest też mnóstwo czasu wolnego. Można ze sobą rozmawiać, o ile dana osoba nie zdecyduje się na zachowanie ciszy. Można tu nawet używać telefonów, a niektórzy zabierają ze sobą pracę zdalną.

Co prawda ciężko nie czuć głodu, jeżeli zapewnione mamy (podobnie jak mnichowie) jedynie 2 posiłki dziennie. Jednak nikomu nie będzie przeszkadzać, jeżeli odwiedzisz pobliską restaurację.

Obiad w lokalnej restauracji w pobliżu Pa Pae Meditation Retreat.
Obiad w lokalnej restauracji w pobliżu Pa Pae Meditation Retreat.

To, jak wykorzystasz ten czas, zależy głównie od Ciebie.

Jak wygląda meditation retreat w Pa Pae?

Pa Pae to jeden z najpopularniejszych ośrodków w Tajlandii, gdzie można odbyć taki Meditation Retreat. Znajduje się w idealnym miejscu, na wiecznie zielonej północy Tajlandii. Gdzieś pomiędzy dwoma górskimi miejscowościami – Chiang Mai oraz Pai.

Panorama na wzgórze, na którym znajduje się Pa Pae Meditation Retreat.
Widok na Pa Pae Meditation Retreat.

Marzenie odwiedzenia takiego miejsca zrodziło się w nas na długo przez wyjazdem do Tajlandii. Mieliśmy więc szczęście, że turnus pojawił się w idealnym dla nas czasie. Chociaż możesz przyjechać do ośrodka każdego dnia, zorganizowane zajęcia grupowe odbywają się jedynie 2 razy w miesiącu. Jest to najlepsza opcja dla osób, które odwiedzają to miejsce po raz pierwszy lub nie miały wcześniej styczności z medytacją (tak jak my).

Wprowadzenie – pierwszy dzień organizacyjny

Do Pa Pae zabrał nas busik z Chiang Mai. Od razu zapoznaliśmy się z pozostałymi osobami, które jechały w to samo miejsce. Atmosfera zupełnie nie przypominała o tym, że za kilka godzin będziemy wspólnie milczeć. Rozmawialiśmy o podróżach i planach na przyszłość, praktycznie każdy był poza domem już od kilku miesięcy.

Na miejscu wypełniliśmy ankiety, zapłaciliśmy określoną z góry „darowiznę” (1500 baht za 3 dni) i otrzymaliśmy ubrania. Na terenie obiektu obowiązywał dresscode i każdy musiał mieć na sobie identyczny biały komplet. Dostaliśmy też w prezencie dwie książki, które stały się naszą główną rozrywką w czasie wolnym. Dzięki nim dowiedzieliśmy się, jakie są korzyści codziennej medytacji i utrwalaliśmy techniki, których uczyliśmy się podczas zajęć.

Dziewczyna czytająca książkę o medytacji w Pa Pae Meditation Retreat.
Czas wolny.

Następnie wolontariusze wprowadzili nas do pokojów. Tutaj wszystko zależało już od szczęścia, a po części też płci. Kamil dostał jedynie materac w 20-osobowym pokoju. Ja trafiłam do uroczego domku na drzewie, gdzie wraz z nowo poznaną koleżanką otrzymałyśmy całkiem ładny pokój (z prawdziwymi łóżkami!)

Musieliśmy też zapoznać się z terenem, który przypominał leśny labirynt. Co prawda dostaliśmy kod QR z mobilną mapą, ale trochę psuło to klimat. I nie było wystarczające dla osób (takich jak ja), które potrafią zgubić się przed własnym domem. Kilka razy zdarzyło mi się rozpaczliwie szukać swojego domku, który wyglądał jak wszystkie pozostałe.

Pierwszego dnia mieliśmy więc oprowadzenie po ośrodku, po którym spotkaliśmy się po raz pierwszy w sali do medytacji na 2-godzinne wyjaśnienie tego, czego możemy się spodziewać przez najbliższe dni. Dowiedzieliśmy się też, jak bardzo bolą plecy po kilku godzinach siedzenia na podłodze. Cóż, będziemy to utrwalać jeszcze przez długi czas.

Drugi dzień, rozpoczynamy naukę medytacji

Drugiego dnia każdy musiał podjąć wybór, czy chce wytrwać do końca turnusu w ciszy. Otrzymywał wtedy specjalną przypinkę. Oznaczało to, że odzywanie się do tej osoby jest zakazane. Chociaż staraliśmy się rozmawiać ze sobą jak najmniej (co było wskazane), to oboje nie zdecydowaliśmy się na taki krok. Przypinkę nosiła jednak moja współlokatorka, o czym ciągle musiałam sobie przypominać, gryząc się język w pół zdaniu.

Domek na drzewie w Pa Pae Meditation Retreat.
Domek na drzewie.

Każdy mógł też we własnym zakresie zdecydować, czy chce zrezygnować z korzystania z elektroniki. Trzeba było wtedy pamiętać o budziku (lub liczyć na pomoc współlokatorów).

Jak wyglądał nasz plan dnia?

Turnus miał sztywno określony plan dnia. Codziennie przewidziane były 4 bloki zajęć. Nie była to jedynie medytacja, ale również Q&A z mnichami czy modlitwa. W czasie wolnym mogliśmy uprawiać jogę na specjalnym tarasie (który był również punktem widokowym do oglądania zachodów słońca) lub odpoczywać w jednym z domków porozwieszanych na drzewach.

Zachód słońca z punktu widokowego w Pa Pae Meditation Retreat.
Zachód słońca z punktu widokowego.

Panowała przez to atmosfera spokoju, każdy w ciszy zajmował się sobą. Nawet pary nie odzywały się do siebie, zatopione w książkach lub medytacji.

Poranny chanting

Dzień rozpoczynał się bardzo wcześnie, bo już o 6:00 czekała na nas pierwsza sesja medytacji. Niestety połączona z chantingiem, czyli modlitwą. Przyznaję, że się tego nie spodziewałam i po godzinie recytowania nieznanych nam zwrotów z małej książeczki zdecydowaliśmy, że przez kolejne dni będziemy spać godzinę dłużej.

Wspólne posiłki

Następnie wybieraliśmy się na śniadanie. Posiłki codziennie spożywaliśmy wszyscy razem. Mnisi siadali przy osobnym stole, zastawionym darowiznami od wiernych. Rozpoczynali oni posiłek, odmawiając modlitwę. Wszyscy musieli się pokłonić, a następnie wziąć talerz i nabrać potrawy ze sporego bufetu.

Jedna z sal do medytacji w Pa Pae Meditation Retreat.
Jedna z hal do medytacji.

Dla wegetarian był osobny stół, dlatego posiłki jedliśmy z Kamilem osobno. Byłam zaskoczona tym, jak duży był wybór potraw. Nigdy nie wychodziliśmy ze stołówki głodni. Niestety nie możemy tego powiedzieć o wieczorach, gdy musieliśmy umykać do pobliskiej restauracji lub ratować się zupkami chińskimi. Na szczęście w miasteczku funkcjonował sklep, gdzie ceny były wyjątkowo niskie. Za obiad też nie płaciliśmy więcej niż 40 baht, chociaż za pierwszym razem baliśmy się spytać o rachunek.

Obowiązki i czas wolny w Pa Pae

Zmywać musieliśmy po sobie sami, to było jednak praktycznie wszystko z naszych obowiązków. Czasami jedynie mnisi prosili o pomoc osoby, które znalazły się akurat pod ręką. Tak skończyliśmy grabiąc liście, podczas gdy inni pielili chwasty z ogródka lub porządkowali sale po medytacji.

W wolnych chwilach (czyli zawsze po posiłkach) mogliśmy przysiąść przy jednym ze stolików, zza których roztaczał się widok na wiecznie zielony las deszczowy. Piliśmy kawę i obserwowaliśmy wiewiórki skaczące po drzewach, czytaliśmy swoje nowe książki i zastanawialiśmy się, czy właśnie tak nie wygląda nasze wymarzone życie.

Różne rodzaje medytacji

Przez te 3 dni medytowaliśmy więcej niż przez całe swoje dotychczasowe życia. Uczyliśmy się nowych technik i zmienialiśmy otoczenie. Nie spodziewaliśmy się, że może być to tak ciekawe.

Najbardziej podobała nam się wieczorna medytacja przy świecach. Każdy musiał postawić przed sobą jedną świecę, która skrzyła się w całkowitej ciemności. Chodziło o to, aby skupić całą swoją uwagę na ogniu. Nam co prawda trochę przeszkadzały w tym mrówki, ale klimat wciąż był wyjątkowy.

Wspólna medytacja ze świecami w Pa Pae Meditation Retreat.
Wspólna medytacja ze świecami.

Medytowaliśmy też przy ognisku, oraz chodząc po obiekcie. Odkryłam, że najłatwiej jest mi się skoncentrować, gdy skupiam uwagę na swoich krokach. Najciężej natomiast, gdy plecy odmawiają mi posłuszeństwa podczas siedzenia na cienkiej macie. Ciężko wspominam też mroźne poranki, podczas których górskie powietrze przewiercało mnie do kości. Tylko po to, aby po pół godzinie twarz paliły mi ostre promienie słoneczne, a bielizna termiczna nasiąkała potem.

Raz poszliśmy na wycieczkę nad pobliską rzekę w lesie deszczowym, gdzie mogliśmy medytować w otoczeniu dzikiej przyrody, słuchając wody spływającej z niewielkiego wodospadu.

Większość medytacji była prowadzona przez mnichów. Każdy z nich dzielił się z nami swoimi ulubionymi sposobami na koncentrację i oczyszczenie myśli. Mogliśmy przez to poznać ich osobowość i dopasować wybrane metody do siebie. Niektóre medytacje były głośne, inne praktycznie bez słów. Czasem słuchaliśmy w kółko mantry, innym razem mieliśmy koncentrować się kolejno na częściach ciała.

Medytacja przy ognisku w Pa Pae Meditation Retreat.
Medytacja przy ognisku.

Przez 3 dni medytowaliśmy przez kilka godzin dziennie – rano, w południe, wieczorem. Początkowo denerwując się na każdą nadpływającą znienacka myśl, z czasem ucząc się akceptować niedoskonałości swoich głów. Dziwiąc się, że panuje w nich taki mętlik i starając się go ujarzmić. Z coraz lepszym skutkiem.

Ostatniego dnia doczekaliśmy się również wyjątkowego pożegnania. Wypuściliśmy w powietrze lampiony, tworząc prywatny festiwal świateł.

Wypuszczanie lampionów szczęścia w Pa Pae Meditation Retreat.
Wspólne wypuszczenie lampionów szczęścia.

Rozmowy z mnichami

Podobały nam się również panele rozmów z mnichami. Dowiedzieliśmy się sporo na temat ich pracy. Szczerze mówiąc, niektóre rzeczy były dla nas dość szokujące. Do tej pory wierzyliśmy, że mnich to osoba obdarzona niezwykłą mądrością, która wynika z lat praktyki medytacyjnej oraz oczytania. Dowiedzieliśmy się, że rzeczywistość jest zupełnie inna, a mnichem jest zostać bardzo łatwo.

Wystarczy przyjechać na miejsce, zapłacić darowiznę i stwierdzić, że od tego momentu chce się przyjąć nauki. Do jedynych obowiązków mnicha należy wtedy codzienna medytacja oraz poranne zbieranie datków. Najciekawsze jest jednak to, że nie trzeba być nawet wyznawcą buddyzmu. Zepsuło nam to trochę światopogląd. W ośrodku Pa Pae mieszkali mnisi z całego Świata, był tam nawet jeden Polak. Wszyscy opowiadali nam swoje historie i dzielili się powodami, dla których zdecydowali się porzucić dotychczasowe życia oraz większość wygód i podążać ścieżką buddyzmu.

Uczyliśmy się też o samej idei buddyzmu, która do tej pory w naszych ateistycznych głowach była najciekawszą z religii. Bardzo spodobało nam się, gdy jeden z mnichów powiedział, że jest to religia opierająca się na „wszystko możesz, nic nie musisz”. Nie trzeba ślepo wierzyć w każdy predygmat, żeby być uznanym za osobę wierzącą. Ta wiara polega na wątpliwościach i szukaniu odpowiedzi. Co prawda nie każdy z mnichów był tego zdania, ale nas fanatyzm nie przekonuje do niczego. Dlatego chętnie słuchaliśmy wykładów tych mnichów, które poszukiwaniu odpowiedzi poświęcali więcej czasu, pozostałych nie słuchaliśmy zbyt gorliwie.

Zasady obowiązujące w obiekcie

Żyjąc z mnichami musieliśmy dostosować się do panujących w ośrodku zasad. Po rejestracji na pierwsze zajęcia otrzymaliśmy przewodnik, z którym musieliśmy dokładnie się zapoznać. Większość zasad była nam już znana z tajskiej kultury, inne były nowością:

  • W salach do medytacji nie można tańczyć, śpiewać i głośno się zachowywać,
  • książek nie można kłaść na podłodze,
  • na terenie obiektu nie można używać perfum,
  • nie wolno kierować stóp w kierunku Buddy lub mnichów,
  • nie dotykać ramion i głów Tajów.

Część zasad dotyczyła oczywiście tylko kobiet, na przykład:

  • kobiety muszą zachowywać dystans przynajmniej 1 metra od mnichów,
  • na zdjęciu z mnichem muszą być przynajmniej 3 osoby,
  • nie wolno siedzieć z mnichem na jednej ławce,
  • nie można przekazać mnichowi przedmiotów bezpośrednio,

Jakie są nasze wrażenia z turnusu?

Prawdopodobnie nasuwa Wam się teraz jedno pytanie. Czy my dalej medytujemy? Niestety nie do końca.

Chociaż nauczyliśmy się naprawdę wiele i po powrocie byliśmy w stanie po raz pierwszy medytować samodzielnie, bez pomocy aplikacji czy filmów na YouTube, to już nigdy nie byliśmy w stanie wprowadzić głów w stan takiego spokoju, jaki towarzyszył nam w Pa Pae.

Tabliczka z napisem "Feel grateful to be alive one more day" w Pa Pae Meditation Retreat.
Pa Pae Meditation Retreat.

Chociaż kilkukrotnie próbowaliśmy (np. nad pięknym wodospadem w Pai), to z każdym kolejnym razem czułam coraz większy niepokój podczas medytacji. Im dłuższe były przerwy między sesjami, tym ciężej było mi zapanować nad myślami. Co powodowało frustrację, która nie pozwalała powrócić do nauki. Okazało się, że medytacja naprawdę wymaga ciągłego treningu. I ciężko jest wciąż zaczynać od początku.

Czy pobyt w Pa Pae coś w nas zmienił?

Długo zastanawialiśmy się, czy pobyt w Pa Pae coś w nas zmienił. Pamiętam, że wracając autobusem do miasta trzymałam w ręku telefon i nie miałam ochoty w niego zaglądać. Nawet nie odczuliśmy kilkudniowej przerwy od Instagrama i przez krótką chwilę obojgu nam przez myśl przeszło, że chcielibyśmy zostać tam dłużej.

Miejsce do odpoczynku i nauki w Pa Pae Meditation Retreat.
Miejsce do odpoczynku i nauki.

Czuliśmy się dumni. Z tego, że byliśmy w stanie wytrzymać kilkugodzinne medytacje i się wyciszyć, uspokoić myśli. Chociaż doszło to do nas dopiero po powrocie. Niestety podczas turnusu zbyt często myśleliśmy o minusach, które nie pozwalały nam być „tu i teraz”.

Co nam się nie podobało w Pa Pae?

Na niektóre rzeczy podczas podróży nie mamy wpływu. Na przykład na to, że w Tajlandii łatwo możemy załapać zatrucie pokarmowe. Nawet w momencie, gdy najmniej się go spodziewamy. Pierwsze dwa dni turnusu spędziłam więc z gorączką, starając się nie zemdleć podczas medytacji. Bardzo się starałam, by nie wpłynęło to na moją ocenę wyjazdu.

Bo mamy natomiast wpływ na nasze nastawienie, o czym niestety często zapominamy. Moje było więc całkowicie popsute nie tylko przez zatrucie, ale też przez pogodę, która w górach bywa zupełnie inna, niż ktokolwiek by się spodziewał po upalnej Tajlandii. Poranki były tak rześkie, że z trudem wychodziłam z łóżka, ubrana we wszystkie warstwy, jakie mogłam znaleźć w swoim przenośnym domu. Trzęsłam się z zimna podczas porannej medytacji i podczas wieczornej toalety. W nocy spałam skulona, zastanawiając się, jak Kamil daje sobie radę bez podwójnego śpiwora.

Zamartwialiśmy się też rzeczami, które podczas sesji zostawialiśmy w otwartym wiecznie dormitorium. Niestety w obiekcie nie było żadnych szafek do przechowania drogiego sprzętu i nie mogliśmy przestać myśleć o tym, że będziemy musieli się z nim wkrótce pożegnać.

Co prawda wolontariusze zapewniali, że takie uduchowione miejsce nie sprzyja kradzieży. Cóż, kilka dni po naszym wyjeździe ktoś przeszukał wszystkie 20 plecaków z Kamilowej sypialni i wyjął z nich pieniądze.

Podobno była to jednak pierwsza taka sytuacja w historii obiektu. Przyglądaliśmy się dyskusjom na grupie ośrodka, obiecali zamontować szafki oraz dodatkowe kamery.

Budynek w noclegami dla uczestników Meditation Retreat w Pa Pae.
Budynek, w którym mieszkają uczestnicy.

Nie podobała nam się również atmosfera, chociaż o tym zaważyły już nasze wysokie oczekiwania. Mieliśmy nadzieję na to, że większość osób zachowa ciszę. Sami staraliśmy się bardzo ograniczać słowa. Niestety niektórzy zachowywali się naprawdę głośno, szczególnie podczas posiłków (głównie wolontariusze, swoją drogą).

Co nam się podobało w Pa Pae?

Nie sądziliśmy, że zdołamy nauczyć się tak wiele w tak krótkim czasie. Zaledwie 3 dni wystarczyły, abyśmy byli w stanie przeprowadzić samodzielnie sesję medytacji. Dowiedzieliśmy się, jakie stoją za tym korzyści i dlaczego powinniśmy kultywować spokój. Udało nam się wyciszyć i na chwilę zapomnieć o Świecie.

Pies na dachu budynku w Pa Pae Meditation Retreat.
Pies na dachu budynku.

Pomagało w tym głównie otoczenie, bo obiekt położony jest naprawdę cudownie. Uwielbialiśmy budzić się w otoczeniu przyrody, oglądać zachody słońca na wzgórzu i łapać poranne promienie na hamakach.

Najbardziej podobało nam się jednak to poczucie, że wiemy, po co tam jesteśmy. Chociaż w normalnych warunkach nie pozwolilibyśmy sobie prawdopodobnie na to, aby przez cały dzień nie robić nic, tutaj byliśmy właśnie w tym celu. Dlatego tak łatwo przychodziło nam spędzanie kilku godzin na medytacji i uwalnianiu myśli. A uwierzcie, jesteśmy z osób, które zwykle mają z tym ogromny problem.

Podsumowanie – czy wrócilibyśmy do Pa Pae?

Starałam się w tym wpisie nie wyciągać wniosków. Tak naprawdę sami nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak ocenić to doświadczenie. Na pewno było unikatowe, inne niż wszystkie do tej pory.

Widok na ławki i wieżę widokową na drzewie w Pa Pae Meditation Retreat.
Ławki wypoczynkowe i wieża widokowa na drzewie.

Nie wspomniałam do tej pory o głównym powodzie, dla którego w ogóle się do Pa Pae wybraliśmy. Jest takie miejsce na Świecie, gdzie czuliśmy się najlepiej. Pobieżnie patrząc, Pa Pae bardzo nam je przypominało i mieliśmy nadzieję poczuć to samo raz jeszcze. I chociaż się to nie udało, to cieszymy się bardzo z każdego nowego doświadczenia, które stanęło na naszej drodze.

Wiecie, my kochamy podróżować i każda podróż cieszy nas jednakowo. Nawet taka do własnego wnętrza.


Wybierasz się do Tajlandii? Sprawdź pozostałe posty z tajskiej serii:


Podziel się

Możesz również polubić

Dodaj komentarz